Czy wiesz, co denerwuje kobietę? Wygoglowałam – i wyszło, że facet jest wszystkiemu winien. Przeanalizowałam tydzień z własnego życia i aż się złapałam za głowę! Do nerwusów to nie należę, według własnej oceny. A tu masz babo placek! I nie facet sam w sobie, bo czasem się nawet przydaje, ale mnóstwo innych rzeczy. Choć gwoli prawdy, często i on zawala i doprowadza do nerwa wielkiego. A teraz Ty usiądź zrelaksuj się… i co Ci pierwsze przyszło do głowy? Zgaduję – pewnie jakiś problem, wkurzenie nie z tej ziemi!

co denerwuje kobiety

Trudne czasy nadeszły, Po roku covidowym nadszedł kolejny, podobny. Nie lepszy, nie gorszy, ale równie beznadziejny. I jak to kobietę może nie denerwować?! Ma milion powodów żeby ponarzekać a i popłakać sobie czasem. Bo serce rwie się do dalekiej podróży. Co bym to nie zrobiła gdyby nie covid, gdzie nie pojechała achhh ochh …. na rajską plażę poleciała… Ptaki by mi nad głową ćwierkały (choć bliskości ptactwa nie lubię bo czasem dopada mnie ni stąd ni zowąd ptakofobia okrutna), ale piach by był, oblepiał by mi stopy, i woda taka cudna. I wszyscy, całą rodziną się spakowali do koszyczka (albo czterech), wzięli parasolkę, lodówkę turystyczną, hamak, leżak, ze dwa koce, stos ręczników, wiaderko, łopatkę i ten słodki różowo-żółty wiatraczek mojej córci najmłodszej, co tak pięknie piasek przesypuje….

… i już mi się odechciało na myśl , że to dźwigamy wespół, spoceni, zmęczeni…jak dwa woły lub wielbłądy na prerii. A potem dziecko piachu po oczach dostanie i będzie się darło na okolicę… okey, z rajskiego planu na razie zrezygnuję. Wybiorę się na emeryturze bez tego mojego całego małego towarzystwa. Tyle, że to jeszcze kilka lat do tego… aaaa jak nie covid to dzieci i taboły ogromne… Ani go kijem ani pałą! Więc pal licho ten wirus i te tropiki. Nigdzie nie jadę. I tak mnie wszystko denerwuje! To lepiej w domu zostanę, nic mnie przynajmniej wkurzać nie będzie.

Usiądę ja sobie z palemką drinka na tarasie wypiję, albo z kawusią w kubeczku ulubionym w piękny wiosenny sobotni poranek. Tak planowałam wieczorem. Już w myślach widziałam swój błogostan wielki. Muszę to zrobić jednak wcześnie rano, żeby mnie dzieci wołaniem nie wkurzyły: gdzie kakao mamo?! Wstałam o 7-ej. Lecę do kuchni, zaczynam robić kawę i patrzę przez okno… śnieg pada! Uwierzycie???! Kwiecień! 2 dni temu hasałam za dziećmi prawie goła. Dupa blada! Nici z kawy w ogrodzie! Och jaka jestem wściekła! Po co ja ten durny budzik ustawiałam! Znów będę zmęczona! Cholera!

Po co ja w nocy serial oglądałam! Ale fajny był… byłam zachwycona do momentu, aż zobaczyłam, że już 1:30 w nocy, zaraz świtać będzie! Zanim pod prysznic wskoczyłam i głowę do poduszki przytuliłam było już po 2-giej. To tak się wkurzyłam, że zasnąć z nerwów nie mogłam! I znowu podkrążone oczy, głowa będzie mnie bolała, a i pewnie kolejna zmarszczka pod okiem się pojawi! O ja głupia! I po co mi to było! Jak mnie to wszystko wkurza! Czemu ten czas taki nieprzychylny! Goni jakby ktoś go kosą poganiał i po plecach łupał!

To może bym sobie na shoping wyskoczyła. Oderwała się i rozerwała po trochu. Ale ups! I pepco i te wszystkie juski pozamykane. Biedra zostaje, ale tam kolejki aż na zewnątrz stoją. No i jak się nie wkurzyć? A tak chciałam to i owo na wiosnę wymienić. Bieżnik, bluzeczkę, kurteczkę, skarpetki. Taką ładną sukienkę w katalogu widziałam. Idealną na letnią uroczystość. Przesyłam cudowne zdjęcie młodej lat 20 bogini z ciemnymi włosami do pasa w tejże bajecznej sukience, mojej siostrze na messengerze. Cieszę się i raduję pod niebo – że w końcu coś dla siebie znalazłam! A moja siostra mi pisze: a ty czasem nie będziesz w niej wyglądać jak dywan?! Przymierz, wtedy zdecydujesz. No ale nie mam gdzie przymierzyć, bo wszystko zamknięte. Skąd mogę wiedzieć, czy jak bogini czy jak dywan prezentować się będę. Nerw podwójny i gula mi rośnie.

To sobie upiekłam na pocieszenie cudowną tarte z białej czekolady. I ganache różowy do niej tak mi równiutko wyszedł. Ciasto idealnie kruchutkie. No mówię Wam! Niebo w gębie. Ukroiłam sobie przyzwoity znacznych rozmiarów kawałek. Dziobie w nim widelczykiem i nagle myśl! Cholera to milion milionów kalorii! Tak się starałam, tak pięknie zrobiłam! Nawet na instagram zdjęcie wstawiłam, taka byłam z siebie dumna! A tu jeść nie wypada takiego dużego kawałka. Uszczknęłam troszkę. Pyszny! Przepyszny! Dzieci pałaszują, małżonek dokrawa już porcyję drugą. A ja myślę – jeść, czy nie jeść – oto jest pytanie! I Wy się pytacie co denerwuje kobietę? No właśnie to!

Ne dość, że żreć za dużo nie wypada, to jeszcze sterta garów w zlewie została! Na nikogo pomoc liczyć nie mogę! Wtem mąż ochoczo woła! Zjadłem pół foremki tego pomarańczowego ciasta, to może poukładam naczynia w zmywarce! Jaki on dobry, jaki kochany! Tyle, że to pink cake a nie orange było. Ale halo! Formy do tarty to niech mi tam nie wkłada! Blendera tym bardziej! Ani tej misy z robota! Jak mnie to denerwuje. Tak oczywista rzecz, a on wciska na siłę! Wstaję, sama to zrobię, przecież wiem co potrzeba! Jak mnie to denerwuje wszystko!

Odpukać, choć z dziećmi jest wszystko w porządku. Oprócz tego, że kłócą się o każdy stary klocek. Są wkurzający z każdym dniem coraz bardziej. Szkoły pozamykane na amen, przedszkola też tymczasowo. Więc siedzimy na kupie. W sensie, że ja pracuje zdalnie, mąż do pracy chodzi… no jemu to dobrze! Trzaska drzwiami i ten cały kierat za sobą zostawia! A Ty się babo męcz z gromadką dzieci, dziel swój czas miedzy pracą, gotowaniem, praniem, sprzątaniem i kłótnie roztrząsaj – kto ostatnio jadł czekoladki i papierki powciskał za oparcia fotela. Denerwuje mnie, że ja wszystko muszę! Wróciłabym na etat, ale tam denerwowała mnie pani dyrektor…

Ostatnio syn wybył do kolegi. Cały dzień go nie było. Dzwonię do mamy kolegi, że podjadę po niego. Słyszę odpowiedź, że nie ma potrzeby tak wcześnie. Bo chłopcy tak pięknie się bawią, tak spokojnie, wspólnie, bez kłótni i w ogóle. I syn nawet był z kolegą ochoczo na spacerze z pieskiem. Dumna jestem niesłychanie! Mój syn! Mój pierworodny! Kochany mój, cudowny! Dnia kolejnego, proszę syna – wyjdziesz na spacer z psem, słyszałam, że wczoraj taki chętny byłeś. Aż trudno uwierzyć, bo od tego typu pomysłów ze spacerem związanych, odpędza się zwykle gorzej niż od muchy. A on patrzy na mnie, oczy wielkie robiąc –  ale mamo tam zimno i mokro i chyba deszcz będzie padał. A wczoraj też padał i nie przeszkadzało!

Chwytam się innego pomysłu. Mama kolegi opowiadała, że mój syn taki uczynny. Pomagał jej w obieraniu ziemniaków do obiadu. Kurczę pomyślałam! Toż to anioł nie dziecko! I pytam się, czy i dla nas obierze, skoro wprawy już u rodziców kolegi nabrał. Znowu się tak dziwnie na mnie patrzy, nos marszczy jakby w złości i niedowierzaniu, że takie nieprawdopodobne proponuję. Okazuje się, że my mamy nie taki obierak do ziemniaków jak trzeba i że ziemniaki jakieś takie krzywe, że się ich nie da, tak po prostu….a tak w ogóle to chyba można tylko umyć, po co ze skórki obierać, ziemniaka przecież szkoda…a poza tym on taki zmęczony, dzień wczorajszy był tak absorbujący, że odpocząć bidaczyna musi. Staram się nie denerwować, ale klękajcie narody!

Mimo wszystko dobry nastrój mnie nadszedł, chmury się rozpierzchły i słońce na niebie się pojawia. Tak ciepło i przyjemnie, może pościel wywietrzę na balkonie. Będzie pachniała wiatrem, zrobi się taka puszysta… Może byśmy też karkóweczkę na grillu upiekli, a do tego jakieś szaszłyki warzywne, dip czosnkowy przygotuję na obiad, skoro i tak nie ma kto ziemniaków poobierać?

Wsiadam do samochodu, pędzę do marketu. Zaznaczam: sama! Czuję te wolność, toż prawie jak wczasy all exclusive bez dzieci! W końcu kobietę nic tak nie relaksuje jak zakupy. Pal licho, że tylko po warzywa i mięso na grilla. Oglądam paprykę: zielona, czerwona i żółta też będzie ładna kolorystycznie, kiedy natrę oliwą i na ruszcie położę. Prawie tańczę i śpiewam z radości. Tu mąka, tam cukier, ach jakie szczęśliwe mam życie. To jeszcze lody miętowe z czekoladowymi kawałkami w tej radości dołożę. A niech tam, zacznę dietę od jutra. Gdyby jeszcze nie ta maseczka na twarzy, przez którą oddychać tak ciężko i zsuwa się tak, żeby mnie w tym chwilowej ekstazie szczęścia zdenerwować…. Objuczona siatami i z rękami do kolan wracam.

Zmęczyłam się trochę. Czemu właściwie to ja zakupy kolejny raz robiłam! Czemu ja targać do samochodu i z samochodu muszę! Wkurzyłam się! Przecież nie ja jestem głównym żołądkiem konsumpcyjnym w naszej 5-osobowej rodzinie! Jednak, kiedy sobie przypomnę, jak w zeszłym tygodniu tłumaczyłam mężowi przez messengera, screeny z google grafiki wysyłając –  różnicę między sałatą lodową, a masłową, a on z pekińską mi wrócił i jaka wkurzona chodziłam, to chyba już lepiej, że ja sama.

Kiedy mąż grilla zaczął odczyszczać, a ja w skowronkach przygotowywałam potrawy, przez okno zerknęłam i o zgrozo… Jakie okna brudne! Trza po grillu zakasać rękawy i za mycie się zabrać. Cholera, gdyby nie to słońce nie zauważyłabym tych smug, paluchów w tysiącach miejsc odbitych, łapy psa z błota i czegoś niezrozumiałego przyklejonego w prawym rogu ramy. Jak tu się nie denerwować?! Jestem tylko słabą kobietą, a tyle obciążeń co dzień na mnie czeka!

Jednak tak abstrahując od tego, co mnie denerwuje, cieszę się życiem. Bo covid przeszliśmy już jakiś czas temu, chyba nawet do zdrowia całkiem powróciliśmy. Ogłosili, że przedszkola zaraz otwarte będą, a i młody do szkoły po majówce wróci! Czyż można narzekać? Afirmuje tę całą moją radość, pisze do przyjaciółki, żeby wieczorkiem na kawkę dziś wpadła. I tak z przyzwyczajenia zerkam na mój salon. A tam … kiła i mogiła! Stos ręczników świeżo wypranych rozbebeszonych poleguje, pies na dywanie kość poobgryzaną wytarł, wycinki ze starych czasopism po podłodze rozrzucone fruwają, bo dziewczynki pół dnia nożyczkami operowały i nagle ta myśl… coś tu śmierdzi!

Na skraju dywanu 3 lakiery do paznokci z buteleczki się sączą. No tak, zauważyłam, że cisza chwilę w domu była. Moje córki się malowały, gdzie popadnie i co popadnie. Muszę wszystko ogarnąć. Z miną i głosem niewiniątka dzwonię do przyjaciółki przełożyć spotkanie. Sooorrryyy mówię, ale burdel u mnie taki, że wroga bym nie wpuściła… Spotkajmy się jutro, albo pojutrze, a może za miesiąc. Wiesz co, najlepiej jak moje dzieci pełnoletność osiągną i do akademika się przeprowadzą. Tylko, że wtedy słoiki pewnie robić będę. Jak mnie to wszystko wkurza! A ktoś się pytał – co kobietę denerwuję?!?!?!? To mówię – to chyba oczywiste, że wszystko!