głupi człowiek w swojej próżności, w swoim niedbalstwie względem tego świata, względem swego życia i otoczenia. Beznadziejny, ciągle narzeka i szuka. Ciągle czegoś szuka i chce coraz więcej. Bo mało i mało. Bo czegoś mu tam brakuje. I gna nie bacząc co wokół. Bo chciałby jeszcze to czy tamto.

Nie patrzy na to co już zdobył, co pozyskał od życia. Niedbale spogląda wokół. Nie dostrzega. Bo niby co ma dostrzegać ? Że zdrowy, że ma co do garnka włożyć, że ubrany znowu nie w takie łachmany, że szczoteczka do zębów nowiutka obok podobnych markowych w kubeczku w łazience stoi, że storczyk kolejny w donicy zakwitł, że za oknem jesień. Taka piękna tego roku, złota, ciepła z minimalnymi przymrozkami.

Głupi człowiek i ja się do takich głupków zaliczam. Bo złoszczę się, że mi kierownica w aucie niedomaga, jakiegoś tam płynu żąda. Złoszczę się, bo nie wiem czy mi mechanik przyjmie to auto na warsztat. A ja musze być ciągle na chodzie. Narzekam, ze dziecko mi kaszle i za chwile drugie zaraz zacznie. Narzekam, na to wietrzysko, aż oddech pomału tracę. Niech tracę, może mi głowę przewieje i trochę mózg się oczyści. Bo ja głupia bo na co ja narzekam?

Bo tak jak ja i większość, obok nie widzi. Ślepa ja i oni, na to co ważne. Nie widzimy pełnej lodówki, w której obok światła fajne produkty w rządku sobie stoją. Nie widzimy, że możemy wiele, czasem aż za dużo. Pooglądałam dziś program w tv. Oczy otworzyły mi się ze zdumienia. Pooglądałam ze szklanymi oczami, chlipnęłam kilka razy. Cofnęłam program aby go ponownie zobaczyć. Korzystając z chwili, ze ta dwójka moich starszych klockami się zajęła, a najmłodsza wykarmiona słodko zasnęła. I pomyślałam – durna ja ! Czym ja się przejmuję ! Czemu trosk i głupich problemów sobie szukam.

Program, o którym wspomniałam opowiadał o kobiecie z Florydy, może część z Was go widziała. Urodziła się i mieszkała 15 lat w Bośni do momentu aż wojna wybuchła w roku 1992. Jedna z najkrwawszych w naszej europejskiej historii.  Jej mama potrafiła celebrować ważne chwile. Pomimo wojny, okien powybijanych, codziennie nakrywała stół wielkim obrusem. Stawiała resztki zastawy. Wykładała co miała jeszcze najlepszego, jakby to miał być ich ostatni posiłek. Siadali razem, pomimo, tego świstu kul za oknem. Zapominali się na chwilę. Ważne, że byli razem i jeszcze mają co do ust włożyć, nakarmić głodne brzuchy. Maya, bohaterka programu wyszła bez pozwolenia rodziców na ulicę, zobaczyć jak to naprawdę wszystko wygląda. Wymknęła się pod skrzydeł bezpiecznych. Straciła połowę jednej nogi, drugą ma trochę uszkodzoną. Później jako uciekinier z kraju ojczystego uciekała. Wiele lat rehabilitacji, wiele bólu i wyrzeczeń. Jej pasja to delfin, który tak jak ona ma protezę. Na ogonie. Który stracił w momencie kiedy w sieci się zaplatał. Ma też wielkiego psa. Który nie ma jednej łapy i z protezą  jedną dzielnie człapie. Ona ciągle w uśmiechu. Opowiadała historię swojego życia jakby trosk w życiu nie zaznała. Ale miewa chwile paniki. Wraca wspomnieniami do chwili kiedy miała lat 15, do momentu jak w krwi leżała. A obok kilkoro jej martwych przyjaciół. Ale się pozbierała. Jako uciekinier ze swojego zrujnowanego miasta do pięknego miejsca trafiła. Jakby nagroda  za to co przeżyła, za to co przecierpiała. Dziś wie co wartościowe i celebruje większość chwil w swoim dorosłym już życiu.

Pięknie nie żyje tylko ten co ma wszystko wokół. Ale ten co coś zaznał niezbyt dobrego od losu. Ale się pozbierał. Dostrzegł coś ważnego. Jak matka Mai i jak Ona sama I ja tak chcę. Jeszcze więcej się uśmiechać, choć i tak non stop to robię. Chcę być naiwna pozytywnie i czerpać to życie garściami. Nieważne to auto z niesprawną kierownicą, nieważny kaszel. I pójdę na ten wiatr jesienny co mi głowę urywa.


film, który porusza polecam – / włącz głośnik / przy okazji powyższego programu mi się przypomniał

całość pt „mój przyjaciel delfin”